czwartek, 28 marca 2013

ROZDZIAŁ III

Rozdział trzeci już jest! Przepraszam, że tak późno, ale miałam dużo na głowie. Dopiero dzisiaj znalazłam trochę czasu.  I obawiam się , że następny post dodam dopiero w poniedziałek, bo w okresie świątecznym mam naprawdę dużo obowiązków. W każdym razie życzę wam Wesołych Świąt Wielkanocnych!!!

Kurczaczków zielonych,
Baranków czerwonych,
Bazi różowych,
Pisanek kolorowych,
Dyngusa tęczowego
I wszystkiego dobrego! 
Życzy W. Lelito
Pozdrawiam! :)


- Co?? - zapytali jednocześnie Arthur i Harriet.
- Pamiętacie kiedy wczoraj pani mówiła o tym, że nie możemy wychodzić na trzecie piętro? - wytłumaczyła, a kiedy pokiwali głowami dodała: - No więc, nie wierzę jej, że są tam sterty rupieci, czy co tam ona mówiła. Sądzę, że jest tam niebezpiecznie i możliwe, że z tym niebezpieczeństwem wiąże się jakaś tajemnica. A wy co sądzicie? - zapytała przyjaciół. Harriet wyglądała na wstrząśniętą jej podejrzeniami, ale Arthur przybrał dziwny wyraz twarzy i wzruszył ramionami.
- Brat nigdy mi nie mówił o trzecim piętrze, zawsze ucinał, kiedy go o to pytałem.- powiedział.-  Trochę dziwne, prawda?
- To chyba nie nasza sprawa? - zapytała ponuro Harriet.
- Oj, pomyśleć już nie można? - odparł ze złością chłopak.- W każdym razie, uważam że nikt nie będzie chciał  nam tego wyjaśnić... No właśnie!! - krzyknął na cały głos, a uczniowie przerwali rozmowę i spojrzeli na niego z mieszaniną  złości, zgorszenia, ale niektórzy także z zaciekawieniem. Dziewczyny rozglądnęły się nerwowo po stołówce, uciszając go rękoma.
- Przepraszam- wyszeptał tak cicho, że przyjaciółki musiały wyciągnąć głowę do przodu, by go dobrze słyszeć. - Teraz mi się coś przypomniało! Tam na bank coś jest! Brat mi mówił, żebym pod żadnym pozorem nie zbliżał się to tego miejsca! Powiedział, że regulamin tego zakazuję, i jeśli  to zrobię to czekają mnie straszne konsekwencje! I na pewno nie chodziło o wywalenie ze szkoły! - dodał głośniej, ale po chwili zastanowienia powiedział: - Chociaż, dla niego wywalenie ze szkoły to najstraszniejsza kara pod słońcem, więc może....
- Ktoś mówił o trzecim piętrze? -  zapytał głos. Nie spodziewając się pytania, tak się przestraszyli, że aż podskoczyli w krzesłach.  Autor pytania, stał za Angelicą więc musiała obrócić się w miejscu , by zobaczyć kto to. Natychmiast zaczęło się w niej gotować. Podniosła się z miejsca tak szybko,że jej krzesło zatańczyło niebezpiecznie, a przed upadkiem uratowała je Harriet, łapiąc je w ostatniej chwili. Angelica stanęła twarzą w twarz z  Mattem. Był wyższy od niej o co najmniej pięć  centymetrów i lepiej zbudowany ( było dla niej oczywiste, że jednym machnięciem ręki, mógłby ją przewrócić). Mimo to nie czuła strachu i  wycedziła przez zęby :
- Nic ci do tego.
Widać było, że bardzo chciałby jakoś się jej odgryść ( tak by sam nie zostać ukaranym),  ale nie miał tu takiej władzy jak w podstawówce,więc opanował się i na jego twarzy pojawiło się oburzenie, choć nie potrafił wyzbyć się resztek zaciekawienia.
- Mogłaś po prostu powiedzieć, że musiało mi się przesłyszeć- rzucił i z  obrażoną miną odszedł do kolegów.
Dziewczyna opadła na krzesło i zamyśliła się przygryzając wargę. Nagle bez słowa wyjaśnienia wybiegła na korytarz w stronę  gabinetu pana Charmsa - nauczyciela od biologii. W jej głowie kiełkował plan.
Zapukała i kiedy usłyszała krótkie " Wejść" otworzyła drzwi.Stała w obskurnym małym pokoju z jednym malutkim okienkiem, bardzo brudnym. Wokół ustawionego na środku biurka walały się śmieci, pożółkłe kartki, a w niewielkiej biblioteczce były chaotycznie poustawiane grube tomy. W środku unosił się bardzo nieprzyjemny zapach. Cały gabinet sprawiał wrażenie, jakby jego właściciel nie wpuszczał sprątaczki od początku swego urzędowania.
- Czy mogę pana o coś zapytać? - spytała niepewnie Angelica.
- A jest to związane z nauką? - zapytał nauczyciel siląc się na beztroski ton.
- Raczej ze czwartkowym szlabanem.
- Nie, nie dało by się go przełożyć - zaczął za złością pan Charms. - ani nie przełożę ci go tak by był oddzielny z panem Smithem.
- Ale.... ale skąd pan wie,  o co chciałam zapytać? - zdziwiła się dziewczyna.
- Myślisz, że chłopak nie przyszedł już do mnie, tak jak ty? - zapytał  i pokręcił głową.
- Ja.... yyy... przepraszam, że panu zawracałam głowę i .... do widzenia.- Angelica  odwróciła się i wyszła.
Ze złością skierowała się w stronę stołówki. A więc on też przyszedł do niego i prosił, żeby przełożyć mu ten szlaban, Widać nie jest taki głupi.... Z myśli  wyrwała ją dwójka przyjaciół idących w jej stronę.
- Zapomniałaś swoich rzeczy.- powiedziała Harriet, wręczając jej sweter i torbę. - Po co tak wybiegłaś, jakby cię ktoś gonił?
- Chciałam dowiedzieć się, czy można przenieść mój szlaban tak, by był oddzielny ze Smithem. - wytłumaczyła starając się na obojętność.
- I jak? - zapytała koleżanka.
- Powiedział, że nie ma mowy. - jak to powiedziała, jeszcze bardziej się nadąsała.
- Och..... szkoda....
Wzięła przyjaciółkę pod rękę i  poprowadziła do sali na Angielski. Przez  resztę dnia dziewczyna miała coraz gorszy humor.

*    *    *

Do czwartku nauczyciele zdążyli zrobić im wiele kartkówek ( nie mówiąc już o kilku sprawdzianach.). Angelica bardzo bała się czwartku, ponieważ był to dla niej pierwszy szlaban w życiu. Zawsze starała się być wzorową uczennicą, więc to był dla niej szok. Zdenerwowanie zżerało ją od środka, była coraz bardziej niespokojna. Nie mogła myśleć o niczym innym, tylko o tym co jej karzą zrobić. Arthur żartował, że może się pochwalić całkiem niezłym doświadczeniem w szlabanach i wytłumaczył, że najlepszą karą jest przepisywanie zdań, a najgorszą sprzątanie. 
- Ciesz się, uczeń bez szlabanu to jak smok bez skrzydeł. - powtarzał. Chociaż porównanie był kiepskie, ale też trochę zabawne, nie poprawiało kiepskiego humoru Angelici. Mimo to zaczął ubolewać nad tym jak to kiedyś dostał szlaban i musiał przepisywać zdania. Twierdził też, że naciągnął sobie wtedy rękę. Harriet kręciła tylko głową, nie wiedząc jak może wybić chłopakowi takie głupstwa z głowy.
Kiedy nastał czwartek, dziewczyna weszła do klasy na sztywnych nogach na pierwszą lekcję. Minuty wlekły się jak godziny. Dziewczyna nie mogła ustać w miejscu, kręciła się nerwowo w krześle, parę razy prawie z niego spadła. 
Pierwsza lekcja..... druga lekcja... trzecia.... czwarta i piąta...
Ostatnia- szósta, była prawdziwą męczarnią. Angelica zerkał dosłownie co minutę, na zegarek, robiła jakieś dziwne ruchy drżącymi rękoma, zwalając z ławki najróżniejsze rzeczy. 
Dzwonek.......
Dziewczyna ociągała się, więc kiedy wszyscy wyszli została tylko ona, Harriet, Athur i Matt, który również nie spieszył się, by pójść na szlaban.
Przyjaciele poklepali ją po plecach, ale musieli już iść, więc chwile potem opuścili ją. Przeszła, starając się nie biegnąc, na koniec korytarza na pierwszym piętrze. Gabinet pana od biologi mieścił się tuż przy schodach.
Zapukała i za pozwoleniem weszła do środka, a chwilę potem znalazł się tam Matt.
- Jestem dziś w dobrym humorze- zaczął nauczyciel. Najwyraźniej w jego słowniku wyrażenie " dobry humor" znaczyło:" mina wykrzywiona w wyrazie pogardy, surowy wzrok i dziwny, pełen złości głos" . Ale kto wie co kłębiło się w jego łysiejącej głowie?- więc pomożecie mi posprzątać w gabinecie, bo szanowny pan dyrektor ZAUWAŻYŁ, że mam tu bałagan. Ty młoda damo posprzątasz mój sekretarzyk, a ty chłopcze uporządkujesz  dokumentację.
Wyrazy "pomożecie mi" też najwyraźniej znaczyły co innego, bo to oni odwalali całą robotę. Praca choć niewinna, okazała się być bardzo ciężka. Księgi były ciężkie, pracując półtorej godziny bez przerwy, nieprzyzwyczajone do wysiłku ręce Angeliny odmawiały jej posłuszeństwa. W końcu nauczyciel pozwolił im wyjść, mieli tylko zanieść niepotrzebne mu książki, pożyczone z biblioteki na swoje miejsce.
Chwycili po sześć książek i wyszli, wspinając się po schodach,a  ręce dziewczyny bolały coraz bardziej. Matt musiał zauważyć jej minę, kiedy przeszedł ją bardzo silny skurcz, bo zapytał niepewnie:
- Może daj mi te książki?
- Nie, dam radę. - powiedziała siląc się na obojętność.
- Daj spokój, widzę przecież, że ciężko ci je unieść. - rzekł pewnym już głosem. - Daj - zabrał z łatwością od niej tylko trzy książki, bo więcej mu nie pozwoliła. Z rezygnacją pokiwał głową. - Jak chcesz.
Kiedy byli już na drugim piętrze, oddali książki. Angelica masując sobie ręce, rzekła ze złością:
- Wiesz, że to twoja wina?
- Co?! Moja wina?!- zdenerwował się chłopak.
- Tak, twoja! Po co rzucałeś mi ten list? I to na takiej  lekcji! - krzyknęła.
- Ja chciałem tylko korepetycji.... - zaczął się tłumaczyć.
-KOREPETYCJI?! Czy ty wiesz co znaczy to słowo?! To jest douczanie!!!
-No przecież wiem...
- Po co ci niby były korepetyc.... - nie dokończyła bo stanęła jak wryta.
Kłócili się przez całą drogę i to bardzo głośno! W ogóle nie zdawali sobie z tego sprawy. Stali przed......
- Ojej - jęknęła Angelica.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz